Singielką warto być za młodu. Byle nie za długo

Singielką warto być za młodu. Byle nie za długo

Jeszcze nie tak dawno temu w internecie toczyły się spory o to, czy niemająca męża ani partnera 30-latka to singielka czy stara panna. A mężczyzna – singiel czy stary kawaler. Dziś pojęcie singla nie tylko zagościło na stałe w języku, ale wręcz doczekało się pewnej nobilitacji. Czy słusznie?

Zarzewie konfliktu

Małżeńskie stadło z kilkuletnim stażem. Któregoś dnia pod kuchennym kaloryferem pojawia się „kot”, czyli kłębek kurzu, sierści i diabli wiedzą, czego jeszcze. Ma może trzy centymetry średnicy, a potrafi wywołać całkiem poważną sprzeczkę. Żona uważa, że ów "kot" świadczy o potrzebie niezwłocznego odkurzenia kuchni i umycia podłogi, albowiem jest nie tylko świadectwem panoszącego się brudu, ale też wylęgarnią bakterii, robactwa i pandemii wszelakich.

Mąż ocenia problem "kota" inaczej. Owszem, "kot" się pojawił, ale dziś jest środa, a w piątek będzie przecież cotygodniowe sprzątanie, więc już za dwa dni nieproszony kuchenny gość zakończy żywot w worku odkurzacza. Do tego czasu niech sobie leży, a żona niech łaskawie nie zawraca głowy zmęczonemu człowiekowi, który pragnie tylko odrobiny świętego spokoju.

"Kot" a sprawa polska

Może na tym tle powstać różnica zdań, sprzeczka, a nawet gwałtowna awantura. W jej trakcie żona zarzuci mężowi całkowitą obojętność na niecierpiące zwłoki zagadnienia gospodarstwa domowego, lenistwo, a na dodatek – co chyba najgorsze – bycie flejtuchem i brudasem. Dorzuci do tego, że nie po to wychodziła za mąż, żeby mieć w domu pana hrabiego, któremu trzeba posprzątać, wyprać, ugotować i podać pod nos, a potem jeszcze pozmywać. Na końcu rozpłacze się, a przez łzy wydusi z siebie jeszcze, że to nie tak miało być, że on był kiedyś zupełnie inny, że jej obiecywał, że ona czuje się oszukana.

Następnego dnia napisze pełen żalu list do „Wysokich Obcasów”, w którym podda analizie upadek rodzaju męskiego, zyskując poklask czterdziestu sobie podobnych żon i jednego bawidamka.

Uspokój się, wariatko

Więcej spokoju zachowa mąż, chociaż krew go zalewa. Jego zdaniem żona cierpi na niebezpieczną nerwicę natręctw, z której wynika obsesyjna potrzeba sprzątnięcia nawet najmniejszego pyłka, który pojawi się na podłodze, co jest tegoż pyłka niezbywalnym prawem.

W gruncie rzeczy, doda mąż, zaordynowane przez żonę cotygodniowe gruntowne sprzątanie jest kompletnym idiotyzmem, skoro mieszkanie jest czyste i żadnego brudu w nim nie widać, a jeden niewielki kot to nie tragedia. I nie po to się ów mąż żenił, żeby teraz szczoteczką do zębów polerować szparki między płytkami parkietowymi, bo tak sobie życzy żona-wariatka. A życzy sobie, bo jest tak ograniczona, że zamiast poczytać jakąś dobrą książkę albo posłuchać muzyki, umie myśleć tylko o tym, że zapach pasty do podłóg się ulotnił, a to świadczy o potrzebie ponownego sprzątania.

Bądź singlem i miej to gdzieś?

Takich problemów nie znają, ma się rozumieć, single. Żyją jak chcą, są wolni, niezależni, nikt im nie gdera, mogą sprzątać sześć razy dziennie albo raz na dwa miesiące, gdy sąsiedzi zaczną się skarżyć na fetor zza zamkniętych drzwi. Mają czas dla przyjaciół, niezobowiązujący seks, dość sił na samorozwój i karierę zawodową.

Czy to znaczy, że warto trwać w panieńskim i kawalerskim stanie? Nie do końca. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ponadto singielski stan sprawdza się, dopóki jesteśmy młodzi. Mało który singiel wyobraża sobie siebie w wieku 60 czy 70 lat, a takiego wieku może dożyć. Najprawdopodobniej dołączy wówczas do grona ludzi, których samotność powoli zabija. Wyniki badań są zatrważające. To, co w młodych latach było źródłem dumy i radości, z czasem zmienia się w stan depresyjny, zagrażający zdrowiu i życiu.

Bo człowiek nie jest może zwierzęciem stadnym, ale samotnym wilkiem też nie.

Zobacz też

Czy stać cię na bycie singielką?